Obsługiwał nas Grek żydowskiego pochodzenia.
Nie ukrywał i nie wstydził się w końcu XXI wiek.
Profil chudy i piękny i blady, wśród greckiego opalenia był podwójnie szlachetny.
Dzień był jak zawsze. Poranny DJ, kończący za długą jak na siły jego gardła zmianę, wychrypiał coś o dziewięćdziesiątym szóstym dniu nieprzerwanych upałów. Morze, które wyraźnie widziałem z miejsca gdzie usiedliśmy, bujało się spokojnie; o średniowieczny czy też renesansowy kawałek muru opierał się chłopak w długim czarnym płaszczu, a przede mną właśnie pojawiły się wszystkie owoce morza znane ludzkości, oprócz ośmiornicy, której konsumpcji kategorycznie odmówiłem. Owoce podane grecko-żydowską piękną smukłą ręką Szpilmanów, Horovitzów („Są trzy rodzaje pianistów: pianiści Żydzi, pianiści homoseksualiści i źli pianiści”), Bergsonów. Dzień wydawał się (w długim czarnym płaszczu?!) zupełnie zwyczajny. Weszli dwójkami, w sumie szóstka.
Zacisnął po raz przedostatni zakrwawioną dłoń na poręczy krzesła. I oczy umierające się pod stoliki przewracają a ja upewniłem się że śmierć i orgazm to praktycznie to samo.