Bardzo lubię metro. Jeździ się w tunelu. Jak się siedzi twarzą w twarz z innymi, to oni odwracają i tak wzrok na reklamę, albo patrzą w okno po przeciwnej stronie, jakby się wpatrywali w pędzącą ścianę tunelu, ale przecież tego nie robią. Nie robią tego?
Lubie też metro jak po nocy idziemy, bo leżymy demokratycznie na ławkach brudnych i na ziemi, tylko uważać, żeby nie za żółtą „linię śmierci”.
Tylko, jak już w metrze, na peronie, to ciągle ta szyna. Jak się nie myśli o tej szynie i o tym milionie woltów (to wolty są?) które ciągle płyną z końca metra na drugi koniec (koniec metra też lubię, lubicie koniec metra?). Ciągle metr czy dwa od tej szyny i kto w ogóle nie myśli o tej szynie? Bo myśli się? Ciągle ta szyna.
Archive for 25 lipca 2011
Amy w metrze
PuKuPuk Powiśle
Lądujemy na Powiślu. Jak w Berlinie, tylko że nie. Ale komplet jest. Prochowce nawet w upały, brodo nieprzystrzyżona moja. iPady nonszalancko potłuczone (nonszalancja to najnowsze osiągnięcie w dziedzinie luksusu), rozmowy nonszalancko nieintelektualne (banał, to najnowsze osiągnięcie w kategorii intelektualizm).
Zamawiamy stolik – ten chwiejący się i brudny oczywiście zajęty i huśtawka też, więc szukamy krawężnika w panice, żeby nie siadać prosto. Bo potem gadają i wrzucają foty i tagują i nie zapraszają więcej. W ogóle nie bardzo zapraszają, a przecież lato w mieście.
Tymczasem behind the scene leje się zupełnie zwyczajna wódka. Po-wódka. Tylko, że się czasem leje niby o teatrach, wystawach i grupach na FB (ekhm…na G+, przepraszam). Się leje, aż uleje. Ale przecież potem się leje po chodniku jak każdym chodniku, no ale Powiśle, kurwa, tak czy nie?