Bardzo lubię metro. Jeździ się w tunelu. Jak się siedzi twarzą w twarz z innymi, to oni odwracają i tak wzrok na reklamę, albo patrzą w okno po przeciwnej stronie, jakby się wpatrywali w pędzącą ścianę tunelu, ale przecież tego nie robią. Nie robią tego?
Lubie też metro jak po nocy idziemy, bo leżymy demokratycznie na ławkach brudnych i na ziemi, tylko uważać, żeby nie za żółtą „linię śmierci”.
Tylko, jak już w metrze, na peronie, to ciągle ta szyna. Jak się nie myśli o tej szynie i o tym milionie woltów (to wolty są?) które ciągle płyną z końca metra na drugi koniec (koniec metra też lubię, lubicie koniec metra?). Ciągle metr czy dwa od tej szyny i kto w ogóle nie myśli o tej szynie? Bo myśli się? Ciągle ta szyna.
Amy w metrze
Category: blog |
mr. self-destruct
me, myself and my ego
mała, niewinna skrzywdzona dziewczyna, którą owładnął strach, że nie jest tym, kim być powinna, stała się łupem niegodnego człeka, co zabrał by zabawę przednią mieć
czy pamiętasz, ten oczu cudnych blask, kiedy patrzyła wierząc, że uśmiechnął się wreszcie do niej świat, ufała,w swym wielkim sercu, choć taka mała, z raną na nim niezabliźnioną, wierzyła, stała się jakby tam wtedy żoną, czego pragnęła, czego żądała, oddała, nie wzięła, na pastwę została, sama, bo on to okazał swą wreszcie twarz, brud i chorobę, wprost w oczy, w piękną jej twarz, niewdzięczność dał, dla niej policzek i w serce strzał…