Archive for blog

Pawulony

Zamiłowanie do offu jest w Warszawie skorelowane z seksualna desperacja. I nigdzie nie zobaczysz tego wyraźniej niż w stolicznych Pawulonach. Klopsy, Klipsy i Kiksy i inne podobne zwiotczają mięśnie odpowiedzialne za hipstomatykę mieśni twarzy ujawniając podskórną orgię samozdegustowanego porządania.

„Dziewczyna z popularnym w pewnych kręgach fotoblogiem pozna chłopca znanego z dostępnej na zaproszenia sieci społecznościowej z dizajnem (koniecznie dizajnem, bo to autoironicznie) w stylu prlowskich klubokawiarni….” Na gwałt pozna.

- Najbardziej to się jednak orientuję w europejskim kinie lat 70′. – usłyszałem – Oglądałem ostatnio lajtowe ekranizacje De Sade’a.

- Lajtowe? To chyba nie za dobre – odburknąłem mu spojrzeniem.

Wyciągnąłem pejcze i pokazałem koleżankom i kolegom jak się rozprawicza pawulona.

Friend with benefits

Tobie jednemu ufam, przy Tobie tylko czuję się na tyle swobodnie, by móc to zrobić.

(dźwięk głębokiego niezainteresowania)

Więc,

(zakłopotane szuranie)

pomyślałem, że po prostu przejdę do senda, ale jak widzisz się pogubiłem, więc może od początku zacznę i…

(brak dźwięków)

Posłuchaj, sprawa jest nieskończenie prosta, chciałem po prostu wiedzieć…

(do kuchni szurnięcie i spowrotem szurnięcie)

(nóż, nóż nóż…taki z ząbkami)

czy zgodziłbyś się na tę wyjątkową podróż i przygodę wspólną?

(kapanie, kapanie, osuwanie, totalne szurnięcie, ale zakłopotane)

Się nie udało zachować swobodnego milczenia i potem to już głównie dywan, bagażnik auta i zakłopotanie.

Amy w metrze

Bardzo lubię metro. Jeździ się w tunelu. Jak się siedzi twarzą w twarz z innymi, to oni odwracają i tak wzrok na reklamę, albo patrzą w okno po przeciwnej stronie, jakby się wpatrywali w pędzącą ścianę tunelu, ale przecież tego nie robią. Nie robią tego?
Lubie też metro jak po nocy idziemy, bo leżymy demokratycznie na ławkach brudnych i na ziemi, tylko uważać, żeby nie za żółtą „linię śmierci”.
Tylko, jak już w metrze, na peronie, to ciągle ta szyna. Jak się nie myśli o tej szynie i o tym milionie woltów (to wolty są?) które ciągle płyną z końca metra na drugi koniec (koniec metra też lubię, lubicie koniec metra?). Ciągle metr czy dwa od tej szyny i kto w ogóle nie myśli o tej szynie? Bo myśli się? Ciągle ta szyna.

PuKuPuk Powiśle

Lądujemy na Powiślu. Jak w Berlinie, tylko że nie. Ale komplet jest. Prochowce nawet w upały, brodo nieprzystrzyżona moja. iPady nonszalancko potłuczone (nonszalancja to najnowsze osiągnięcie w dziedzinie luksusu), rozmowy nonszalancko nieintelektualne (banał, to najnowsze osiągnięcie w kategorii intelektualizm).
Zamawiamy stolik – ten chwiejący się i brudny oczywiście zajęty i huśtawka też, więc szukamy krawężnika w panice, żeby nie siadać prosto. Bo potem gadają i wrzucają foty i tagują i nie zapraszają więcej. W ogóle nie bardzo zapraszają, a przecież lato w mieście.
Tymczasem behind the scene leje się zupełnie zwyczajna wódka. Po-wódka. Tylko, że się czasem leje niby o teatrach, wystawach i grupach na FB (ekhm…na G+, przepraszam). Się leje, aż uleje. Ale przecież potem się leje po chodniku jak każdym chodniku, no ale Powiśle, kurwa, tak czy nie?

bajka o wiośnie

Wiosną wychodzą i chodzą po ulicach nieco rozwieśni, nieco przewietrzni z okropnie obśmianymi koszulami, spodniami. Powycierani o zjaśnione chodniki. Nieznośne powietrze wydrgane hymnami i jakąś nieznajomą serenadą. Ale też bladouliczni korzystają z okazji i wybielają łydkami po oczach i mają paradę do połowy św. Patryka, a do połowy emo. I panowie w długich mafiagroźnych płaszczach z giwerami za spodnie pilnuja nieporządku na ulicach gmin, dzielnic, na powiecie, na Powiślu. Przeklubowani na trawniki turlają się wzdłuż Wisły, więc żebym i ja coś miał z tego, to jednego nogą wturluje do wody, żeby natleniać bąblami z reszty jego powietrza. Że akcja taka – wiosna w miescie.

bajka niemal zagraniczna

Jak nigdy, wszystko zaczęło się w centralnej Polsce. W centralnej, śnieżnobiałej bez względu na porę roku, katolickiej bez względu na przekonania i postępki. Tej, która zawsze najbardziej jest mężczyzną, a jeśli przypadkiem przydarzyła się kobietą to i tak najbardziej heteroseksualną.
A jednak tym razem wszystko zaczęło się tutaj, bo to z tęsknoty za granicznością rodzi się każda ludzka wyprawa. Bezgranicznie nieszczęśliwa, Polska najcentralna ruszyła się ugraniczniać w przekonaniu.
Szli promienistym wielosznurkiem od epicentrum nieszczęścia ku brzegom nieznajomości.
Zgrani niczym garnizon z granitu wykuty. Z grani skakali do grani, cykladowe dźwięki wszczynali jak afrykańskie praplemiono. Aktorzy bardzo ograni, cyferblaty korporacji sztucznej-dramatycznej-artykrytycznej zrywali na znak.
Po wielu dniach wędrówki w końcu graniczyli z obłędami.
I w bieli cała ciocia z zagranicy, ciotka paranoja, ciotka na za wysokim obcasie mogła im nareszcie machać prosto z teledysku na zestaw wypoczynkowy „Elwira”.

bajka o drugim garniturze

Kiedy się nie spało, się poznało jakby zestaw B. Plan B. Prawdziwą Polskę B. Ludzkość numer dwa porusza się po świecie dokładnie od chwili, gdy ta pierwsza zasypia, a znika z wulgarnym pomrukiem, gdy ludzkość właściwa otwiera, wciąż zaspana, oczy.
Tu od razu dwie uwagi. Słowo ‘właściwa’ użyte tu jest raczej w znaczeniu łączonym z naukami przyrodniczymi, jak np. w przypadku naskórka i skóry właściwej. Wszystko, co nie jest ludzkością właściwą musi być jej awangarda bądź schyłkiem. Innych stanowisk objąć nie można. Druga uwaga dotyczy sformułowania ‘zaspana ludzkość’. Jest to zasadnicza różnica i mur miedzy światem jednych i drugich. Drudzy, zwani też często „Niewłaściwymi” lub „naczłeczem”, (od słowa naskórek) nie są nigdy zaspani, nigdy śpiący, nadający się do łóżka lub z niego wyrwani. Bo kiedy na zegarze wybija właściwa (tu w znaczeniu ‘jedyna słuszna’) godzina i lud rozpoczyna wędrówkę, ci drudzy wcale nie kładą się spać. Rozpoczynają wtedy swoją misję fałszerską. Próbują uczynić z siebie falsyfikaty ludzi właściwych, w pracy choć jej nie szukali, w domu choć nie wiedzą czy raczej nie pojmują czym jest, czy wśród podstawionych przyjaciół, którzy nabrali się na ‘tajemnicze milczenie’. Nigdy nie kończą doby wiec pojęcie dnia w końcu zanikło, a z nim uczciwe resztki zrozumienia dla czasu jako takiego.
Jak Twój drugi garnitur. Kupiony na wszelki wypadek z właściwą (tu w znaczeniu – ‘charakterystyczną dla’) takim zakupom nonszalancją przestaje po jakimś czasie przychodzić nam do głowy i wisząc w szafie, nieustannie wisząc w tej samej pozornie niezmienionej, pozycji staje się dla nas przezroczysty, niewidzialny, w końcu znika.
Czasami nadchodzi moment zrzucania naczłecza, tak się niektórym wydaje. Dla zdrowia, higieny, urody. Wtedy nierozumiejąca ludzkość na oślep próbuje odkryć kim jestem. Kim jesteśmy. Żydzie, pedale, komuchu, mięsożerco. Losujemy grupkę i urządzamy losowy holokaust. Dla zdrowia i dla urody Wyspanych.

bajka o zwłokach

Godzina 5.54 – czas, by bezimienne zwłoki z boku łóżka przeniosły sie na swój, niewłaściwy brzeg Wisły. Z pogarda patrzę na ubierającego się, zapominając o wydarzeniach sprzed godziny, sprzed trzech, ośmiu…co w nocy się dzieje, do nocy należy – sex to brud sennych myśli.
W środku transu pornograficznego, gdy następuje najszybszy ruch gałki oka, na mózg spada obraz: głaskać skórę bez końca. Niekończąca się skóra, bo naciągnięta na taśmociąg, obraca się, pod palcami się przesuwa nieskończona.
Prozakorgazm, Masturbozia, Analejasz i wszyscy święci wołali w niebo gdy osiągaliśmy łóżkowe K2. Groźne i niebezpieczne, ale wieńczące piękne dzieło. Jego nieruchoma twarz i zimne spojrzenie prześlizgnęły się tylko po mojej świadomości i zniknęły tam, gdzie wcześniej rozpłynął się taśmociąg z ludzkiej skóry.
Cztery godziny później byłem już na miejscu. Jama bagażnika samochodowego ziała fetorem zgnilizny, ciepławych płynów parujących w czasie podroży ze zdwojoną siłą. Zrzuciłem przerzucone przez ramię ciało do dołu i zacząłem zasypywać to, co pól doby temu rozkopywałem. Wrócony ziemi chłopak miał w końcu zaznać zemsty robaczej. Jak skończyłem, to nie wbiłem krzyża tam, gdzie stał wcześniej – automatycznie niemal wrzuciłem go na tylne fotele samochodu.
Nigdy nie wiadomo kiedy się może przydać.

bajka o turnusie

U nas na turnusie każdy ma historię.

Histeryczny ojciec, który nie pozwala dotknąć swojego dziecka nikomu, włącznie z dziecka matką. Przedziwnie pozbawiona praw rodzicielskich starała się widzieć plusy tej sytuacji, bo widać było, że ma czas dla siebie, że jest wypoczęta i zadbana. Ale czasami, kiedy dziecko płakało za ojcem, kory zostawił je z mamą na 20 sekund (na tyle mniej więcej dawał radę je zostawić gdziekolwiek i z kimkolwiek), zdawała sobie sprawę z absurdu sytuacji i zawstydzona rozglądała się, czy przypadkiem ktoś inny nie widzi jej rodzinnego nie-dramatu się tu rozgrywającego się na stołówkach i nad basenami.

Byli państwo prokuratorostwo z czasów PRL – raz pani prokuratorowej spadł z talerza kawał arbuza, gdy szła do stolika. „30 lat temu, ktoś by za to poszedł siedzieć. Najchętniej Popiełuszko.” – powiedziała, a on zarechotał. Nie śmieszyły jej nigdy proreżimowe żarciki. Antyreżimowe i jakiekolwiek inne tez jej nie śmieszyły, bo generalnie nie była zbyt wesołą osobą. Co do niego – rechotał z przyzwyczajenia – kiedyś nie mógł inaczej jeśli chciał sprawnie się piąć po szczeblach władzy, a teraz…teraz nie mógł już inaczej. Uważaj na opalonych i pedałów – powiedział prokurator pewnego ranka do najwyżej sześcioletniego wnuczka. I mógłbym przysiąc, że chowany na internecie dzieciak spojrzał na dziadka z dezaprobatą i rozejrzał się po sali czy ktoś widzi, że siedzi obok takiego dupka.

Czech kryptogej, wychodzący z uzależnienia od marihuany – nawet na jego młodej pięknie opalonej twarzy odbijały się straszne, nieodwracalne zmiany w mózgu. Byłby przystojny…Najbardziej na tych całych wczasach, które zafundowali mu rodzice, „żeby się wyrwał z tego gówna”, nienawidził szwedzkiego stołu, bo wtedy najbardziej było widać, ze ma popalone druty w głowie. Stawał przed serem żółtym i stał długa chwile a w oczach raz miał pusto, a raz panikę, kiedy na ułamek sekundy zdawał sobie sprawę ze stoi tak w bezruchu. Zanim jednak mógł się poruszyć pustka wracała i decyzja odwlekała się na kolejne 15 sekund. Nienawidził tego, że inni widzieli, ze „zgłupiał” jak mawiała jego przesadnie pobudzona terapeutka (czy im się robi testy na obecność narkotyków?). Co do krypto i do gej to liberalne „hurra” jakie było udziałem czeskich prawodawców, nie miało żadnego wpływu na niego, może nawet trochę utrudniały sprawę, bo konserwatywni jego rodzice okopali się mocniej w twierdzy swoich poglądów i już zupelnie nie było jak mówić otwarcie z nimi. Wiec na wakacje zabrał najbardziej długonogą, ciemnooka, delikatna i słodka lesbijkę jaka znał (na szczęście znał mnóstwo ze szpitala) i pojechali na wakacje poderwać greckich chłopców i greckie dziewczęta a za dnia udawać zakochaną parę, tylko też nieprzesadnie. Czesi nie znają się na ‘przesadnie’.

Perwersyjnie bogata samotna dama która jeździ do tanich hoteli, gdzie jej napiwki po 10 euro, robią na kimś jeszcze wrażenie.

Sarkastyczna, wiecznie z papierosem (na specjalnie przygotowanym druciku) i na najnowocześniejszym wózku jaki widziałem – Francuzka swoimi celnymi szpilami rozśmieszała do łez siostrę, którą zabrała na wakacje za pieniądze za drugą książkę, którą wydała na początku roku i która ku kompletnemu zaskoczeniu wszystkich włącznie z autorka, w przeciwieństwie do pierwszej, sprzedała się w zawrotnej ilości egzemplarzy, a co ważniejsze sprzedała się jako scenariusz filmu (jednego z tych ‘starszy Hugh Grant już nie podrywa, tylko wzrusza’). Z milionów książek zarobiła na wakacje w tanim hotelu, a za prawa do scenariusza zarobiła na wille na lazurowym wybrzeżu, prototyp wózka przyszłości oraz rentę z banku która pozwala zapomnieć o rachunkach.

Smukły nastolatek, wicemistrz kulturystyki. Rosjanin, który wszystko co miał zdobył dzięki fizycznym torturom jakim poddawał go ojciec, członek jednej z tych piwnicznych berlińskich grup, które w Moskwie znalazły wiele zrozumienia…

I matki. Wszędzie matki. Zmęczone i wcale nie na urlopie – poza jedną, co ma męża histeryka – no wiecie…tego co wcześniej opowiadałem.


Hotelowy Bluez

Jest coś istotowo złego w hotelach. Każda podłość wydaje się być łatwiejsza, kiedy jesteś w hotelu. Każdy grzech wydaje sie przyzwoitszy, a każda chora fantazja jest na wyciągnięcie ręki.
Jest coś groźnego w hotelach. Długi korytarz z rzędem niespenetrowanych drzwi staje się potencjalnym miejscem zbrodni, a każdy hotelowy boy – idealnym jej świadkiem bądź sprawcą.
Jest coś publicznego w hotelach. Mimo chloru i pachnących proszków do prania, wciąż czuję w pościeli zapach mojego poprzednika i mojego następcy. Zapachy pożądania i zapachy laptopów, zapachy dla niepalących i zapach upalonych.
Jest też coś prywatnego w hotelach. „Do not disturb” jak tarcza, jak linia Maginota i jak mur berliński. „Pay per view”, o którym wiedzieć będę tylko ja i recepcjonista. Cztery zużyte ręczniki w jedynce, jedno „king size bed” i ośmiu gości późno w noc.
Jest w końcu coś wyzwalającego w hotelach. Brudź, rzucaj przedmiotami, porzucaj ręczniki w dowolnych miejscach, porzucaj kochanków w dowolnej pozycji. Po to jest hotel, żebym nie musiał nigdy sprzątać bałaganu poprzedniej nocy.

I dlatego właśnie zaprosiłem Cie tutaj, bo nie muszę teraz zawijać w dywan, sreberko ani w bawełnę.