Archive for blog

Love Parade 2098

Bajka na nutę love parade 1998 – one world one future.
Uwaga! To nie jest bajka związana jakkolwiek z wydarzeniami na ostatniej (ostatniej teraz i ostatniej w ogóle wydaje się) Love Parade. Bajka na ten temat byłaby możliwa gdybym mógł zasięgnąć języka u kogoś z doświadczeniem ekstremalnego bad tripa, ale nie znam nikogo takiego.

Lądowanie w 2098 było proste, bo zgodnie z oczekiwaniami wielu niewiele się zmieniło w technologicznych paradygmatach, lotnisko, telefon, komputer i wanna były podobne do tych z początku wieku (choć na napełnienie wanny tzw. wodą niesyntetyczną stać było jedynie megagwiazdy filmowe i paru post-szejków).
Zgodnie z oczekiwaniami innych, inżynieria społeczna i w ogóle inżynieria psychologiczna wywrócone zostały w tym czasie na lewą stronę, wiec o tym napiszę, bo to ciekawsze (dla ciekawskich jedynie mały teaser- tak, Google przetrwało i nadal istnieją iPhone’y ale sprawy maja się naprawdę dziwacznie).
Rodzinę zakłada się jak firmę niemal (licencjonowanie usług w ogóle wydaje się być przebojem ostatnich lat tego wieku)
wraz z ojcostwem zyskuje się według licencji, prawo do sarkazmu (o niebo lepiej, niż prawo do przemocy – co zdawała się zawierać XX i XXI-wieczna licencja). Bardzo rzadko, odwrotnie – sarkazm dawał prawo do ojcostwa. Ojciec miał za zadanie nieustannie wyzywać na sarkastyczny pojedynek syna, który nie mógł odpowiedzieć tym samym, mógł za to pojmować i doceniać udane zaczepki. Mówię syna, bo można było mieć wyłącznie syna. Kobiety były tylko częścią biologicznego, a przy współczesnym stanie rozwoju technologicznego, wirtualnego kręgu życia. W wyniku przykrego zbiegu okoliczności i dramatycznie źle wprowadzonych parytetów – kobiety utraciły prawo i sens. Tak jak kiedyś przy wymianie kaset magnetofonowych na płyty cd – chaos wymieniono na zera i jedynki – i tak jak w tamtym przypadku – milionowe odtworzenie było identyczne z pierwszym. Mężczyznę tłumaczyła sprawność języka,  kobietę zaś udało mu się zamienić w jeden ze swoich sarkastycznych żartów.  Po rewolucji aseksualnej w 2037, kobiety, w wyniku literówki w ustawie, dostały połowę miejsca w parlamencie…i tak już jakoś zostało chociaż kolejne rządy obiecywały…itd.

Drugie pół miejsca rok później siłą wziął  jakiś pedał i do dziś nie chce odddać.

Holocaust di Mare

Obsługiwał nas Grek żydowskiego pochodzenia. 

Nie ukrywał i nie wstydził się w końcu XXI wiek.
Profil chudy i piękny i blady, wśród greckiego opalenia był podwójnie szlachetny. 
Dzień był jak zawsze. Poranny DJ, kończący za długą jak na siły jego gardła zmianę, wychrypiał coś o dziewięćdziesiątym szóstym dniu nieprzerwanych upałów. Morze, które wyraźnie widziałem z miejsca gdzie usiedliśmy, bujało się spokojnie; o średniowieczny czy też renesansowy kawałek muru opierał się chłopak w długim czarnym płaszczu, a przede mną właśnie pojawiły się wszystkie owoce morza znane ludzkości, oprócz ośmiornicy, której konsumpcji kategorycznie odmówiłem. Owoce podane grecko-żydowską piękną smukłą ręką Szpilmanów, Horovitzów („Są trzy rodzaje pianistów: pianiści Żydzi, pianiści homoseksualiści i źli pianiści”), Bergsonów. Dzień wydawał się (w długim czarnym płaszczu?!) zupełnie zwyczajny. Weszli dwójkami, w sumie szóstka.

Zacisnął po raz przedostatni zakrwawioną dłoń na poręczy krzesła. I oczy umierające się pod stoliki przewracają a ja upewniłem się że śmierć i orgazm to praktycznie to samo.


The true story of Jack Shepard and two women of ill fate

Na przeciwko mojego greckiego (a w rzeczywistości polsko-rosyjsko-czeskiego) hotelu, obok niezmordowanego supermarketu IN.KA (na logo, bardzo grzecznie pan i pani w formie zazwyczaj zarezerwowanej dla drzwi toalet) mieszka pijak i bezdomny. Tam śpi, tam się budzi i tam się przewraca, gdy łaskawa fortuna pozwoli uzbierać na butelkę i na chwile odpoczynku od świadomości zamieszkiwania przy IN.KA


Bezdomny i pijak wstaje o świcie – wiem bo jechałem raz o świcie oglądać laguny i wyspy i inne greckie raje i widziałem go rozpoczynającego dzień od toalety porannej przeprowadzanej przy nieocenionej pomocy dwóch butelek wody. Jest czynny (w te pechowe bardziej dni) do późnych godzin wieczornych nie prosząc nikogo o nic, a raczej wypatrując tego co luksus uznaje za odpadek, a każdy normalny – za produkt żywnościowy. Jednak nie o tym, nie o tym (oj tam, oj tam).


kot pierwszy
Dopiero po tygodniu zwróciłem uwagę na dwa koty podążające dumnie, ale konsekwentnie za bezdomnym i pijakiem (jak się wpisuje w mój telefon pijakiem to telefon sugeruje poprawkę na Polakiem). Wyciągają długie ciała i ociągają się fałszywie (w kociej wersji kategorii ‘fałszywie’) i idą za nim krok w krok. A kot grecki nie jest podobny naszym kotom. Cienki jak struna, wysoki, przypomina raczej chorego, głodnego lamparta, ale na pewno nie odważylibyście się choćby użyć słowa ‘dachowiec’ w ich obecności…


kot drugi
Przyznaję, że ciekawość nie pozwoliła mi zakończyć podglądactwa i ku mojemu zdumieniu pijak i bezdomny w pewnym momencie wybrał się do supermarketu IN.KA i kupił za twardą walutę puszkę kociego jedzenia, zawrócił, a potem ostrożnie dzieląc na sprawiedliwe części, rozlał na chodniku dwie kupki mięsnej karmy, do których zabrały się koty. W pełnym słońcu. Skąd ta waluta i dlaczego koty i ta karma?


Tego niestety nie byłem w stanie podejrzeć.



Oda do przyjaciółki geja (dla Zali)

Żelazna Damo,
co dźwigasz histerie dwie
i smutki bez racji bytu dwa.

Słodka Dziewico
w świecie lubrykantów per galon.

Nieugięta Wojowniczko!
Pogromczyni nabzdyczeń,
zniechęceń i oczekiwań na wyniki testu.

Viktorio Ostateczna!
Jak to sie dzieje,
jak możliwe,
że oczy Twe wciąż
wesołe?


Bajka o nieźle ubranej

Nieźle ubrana, widzę! – myślę do niej jakbym spodziewał się, że mi odmyśli coś na to. – i w niezłej części miasta… dodałem po cichu, ale z gasnącym zainteresowaniem, spodziewając się, że już wiecej myśli z tej pani nie będzie, żeby nie wiem jak dobrze ubrana była.
Wtedy przechyliła się, jakby lewa strona jej ciała chciała się chwiać, a drugiej nie przyszło nawet do głowy podążać za lewą. Niemal ujrzałem pęknięcie wzdłuż kręgosłupa pani, ale nie…nie pękała. Tylko to dziwne, niekompletne, bo połowiczne zachwianie. Zupełnie nie na te ubrania i nie na tą część miasta.
Idąc kilka kroków za nią z niepokojem ujrzałem, że jej głowa niespokojnie się trzęsie, by zaraz powrócić do pierwotnego, dostojnego stanu…
Znaczy…nie w pełni sprawna, nie całkiem motorycznie, o krok od psychicznie – a jednak wyraźnie widzę, że Coco.

bajka o dwóch pakerach

Pierwszy raz minąłem ich koło czternastej na schodach prowadzących na Plac Zamkowy. Sami przez się zwracali uwagę przechodniów, ale o tej godzinie słońce dodatkowo im służyło rozświetlając cienką warstwę potu na ich ramionach i łydkach. Kompletnie pochłonięci rozmowa, z której nic a nic nie doszło do moich uszu, przeszli obok raz jeszcze zwracając uwagę zapachem wiosny a nie ataku na plaże Omaha.
Nie zrozummy się źle. To nie było zjawiskowe i transcendentne – to było miłe i trwało 10 sekund. Kropka. Tyle.
Wysiadłem z niesympatycznej post-smoleńskiej i mocno powyborczej taksówki i niemal ekstazę wywołał wiatr świtny, popierwszy.


Przesadzony luksus miejsca, w którym się znalazłem podążając za wskazówkami tajemniczego ktosia po drugiej stronie e-druta, był niemal bezczelny. Nie tylko niezawstydzony samym sobą w czasach kryzysu, a wręcz zaprojektowany właśnie na czasy szalejącego ubóstwa. Najlepszym przecież sposobem na biedę jest bogactwo – sprawdza się za każdym razem. Kładki, strumyczki ohydnie szemrzące za 120 złotych za godzinę eksploatacji, w końcu błyskotliwa gadająca winda w stylu HAL-a
Staję, a tu osłupienie tym gorsze bo moje tylko. W drzwiach dwóch pakerów. Przychylne słońce zastąpili oliwka. Tym lepiej, że nie tylko na ramionach – całe ciało może być oliwkowe, prawda?
I znowu osłupienie, bo jeden schowany za drugim, wyglądają za drzwi i na mnie tak patrzą, że przepraszają i że oni wiedza , że wstyd potworny, no ale co mają począć…
Teoretycznie każda ich słabość i nieśmiałość i wszystkie wyrzuty sumienia uzbierane pod kloszami czaszek powinny działać na moją korzyść…dawać zasłużony handicap nieumięśnionemu…jednak i ja jestem człowiekiem i ja tez ze strony wielkich i pięknych tego świata doznałem krzywd okrucieństwa jakie dokonuje się w starciu tego co estetyczne z tym co szpetne. Wiec zamiast kolekcjonować punkty przewagi, rzuciłem się w nich, w ten pokój za pokojem, w ramiona później i dłonie aż w sen runąłem.
Wymknąłem się wzruszony absurdalna, ad-hoc czułością dwóch pakerów. Wymknąłem się gdy już następna noc zbierała swoje żniwo wenerycznych chorób i zapłakanych nastolatek, które same nie wiedza dlaczego tak płaczą i płaczą. Szaleństwo i dorastanie, swoją droga, dzieli tylko jedna diagnoza – w lewo szalony, w prawo – hormonalnie anormalny. I resztę tej nocy zajęło mi wędrowanie na wschód po linii niemal prostej, jakąś idiotyczną ulicę po linii prostej, po której normalny człowiek bałby się poruszać, ale miejskie wynaturzenia po prostu uznają ze inaczej nie można. Szedłem na wschód i zdawało mi się, że do domu, ale minąłem zakręt prowadzący do apartamentu i wpadłem w parki czy ogrody. Tam z daleka czuje , że oczko wodne – już nie takie za 120 PLN za godzinę tylko oczko kiedyś modne teraz cuchnące – zawsze zbędne. O, ciągnie mnie w to oczko i rano już jest prawie i na ławce na drugim asfaltowym brzegu jeden paker. Stos puszek się wala i wpada szlachetno-aluminiowym strumykiem do oczodołu po wodnym oczku. Jeden paker nie był widokiem niepokojącym, ale że teraz? Jak ja go przecież zostawiłem tam roztkliwiającego razem z drugim? Po co? Obok jednego pakera bardzo gruby blondyn w niegdyś turkusowej koszulce kończył jedna z puszek piwa i wpatrywał się w niebo czerwonymi załzawionymi oczami.
No cóż – pomyślałem i zrozumiałem jednocześnie – takie rzeczy, tylko w pełnię.

bajka się wyprowadza

I jak tak można? Wspomnienie pierwszego leżenia i kawowe wstawanie tak wcisnąć w klepkę jednym położeniem klucza.
Sztuka teraz podobno ma mówić własnie o tym, że goni i pełznie za i wietrzy nosem (pismo), ale zdycha zanim złapie.
Złapane choroby i niezłapane zerwane stosunki ostatecznie przerywane myślą ślepą o nowej wyspie wcale jednak takiej samej, bo za rok albo za trzydzieści znowu porzucona noc kiedy pies was poznał, noc pierwsza bez suki.


bajka dla nie-erudytów

- Granice mego języka wskazują granice mego świata – powiedział Ludwig i usiadł nieco bliżej, niż wypadało…


- To naprawdę nie jest konieczne – Zamknęli mnie po prostu w szafie, bo wolą jak siedzę w bezruchu, proszę pana.


- Och, daj spokój Emily – przecież oboje wiemy, że języka ci nie starczy, by poruszyć niebo i ziemię. O wiele jest za wąski.


- Witamy w Amherst, chłopaku – jaka szkoda, że nie mogę chodzić boso – poszlibyśmy pić wino i pokazałabym Ci mój samurajski miecz…Ale niestety sam widzisz – moje stopy są okropne!


- Cóż…O czym nie da się mówić, to się musi przemilczeć.

bajka o białej kartce

Siedział przed biała kartka. Kursor mignął z zachęta w znaczącym milczeniu. Udawaliśmy obaj przez chwilę, że się nie zauważamy, ale on w końcu nie wytrzymał i mignął. Ten pojedynek nieistotny i nieproduktywny rozpoczął drogę przez śniegi. Podobno niepamięć tego co przed chwilą ułatwia sprawę. Krok i kropka, krok i kropka, krok i kropka. Łyk kawy na klawiaturę. Niestety, pamięć to tak jakby mój najmocniejszy punkt, więc usypuje śniegowe ścieżki mozolnie, wracając po własnych śladach tak często jak to możliwe, choć niepraktyczne. Podobno należy pozbyć się rozproszeń, podniecenie, plany na przyszłość, grafik dnia i przystojny grafik, który wczoraj rozlał mleko i płakał nad nim przed bramą na Krakowskim. Sam widzisz, już skręcam w inną historię, tylko tutaj to bez znaczenia, bo w sumie nie ma żadnej historii do powiedzenia. Tak czy siak, kiedy już nadrobię na śniegu tych znaczków i ścieżek to robi mi się głupio i potrafię patrzeć tylko przez palce i czekać, aż ktoś powie, że jestem zachwycający. Kursory nie kłamią i łatwo się zaprzyjaźniają. Powinieneś spróbować.


bajka o nieruchomościach

W ciągu tego roku odwiedziłem ich kilkadziesiąt. W najlepszych momentach nawet trzy jednej nocy. Luksusowe, niby luksusowe, w latach dziewięćdziesiątych luksusowe…Nory z piękną zawartością, dwupoziomowe śmietniki, gołe ściany i podłogi z materacem rzuconym na środek, upchane ludźmi akademiki bez miejsca na prywatne widzenia i w końcu całkiem zwyczajne z meblościanką i bez remontu.
Ubocznym działaniem intensywnego życia bardzo często jest gruntowna wiedza o rynku nieruchomości. Które adresy są dobre tylko na papierze, a gdzie średnio zamożny samotny mężczyzna może kupić piękny apartament. Seks-rynek nieruchomości pełen kabackich jedenastych pięter z przestronnymi balkonami i maleńkich mieszkań w centrum, gdzie śmierdzi zawsze świeżym potem.
W ciągu roku odwiedziłem ich kilkadziesiąt. W najlepszych momentach nawet trzy jednej nocy.