nie chodzi nikomu o twoje wysiłki, czy starania.
Archive for blog
coś jakby bajka o jarku. opus drugie.
bajka na chybił-trafił
ikary
sprawnie zbudowana metafora może być zabójcza, gdy zderzymy ją z rzeczywistością, dlatego definicje metafory nie zalecają zbliżania jej do realności, a nawet czynią niezborność jej cechą główną. odległe elementy sprowadzone do porównania eksplodujące treścią – oto chleb powszedni metafory.
był kiedyś młody człowiek – przystojny grek czy rzymianin czy francuz – tego nie złapałem z historii. miał on ojca, gdyż in vitro w jego epoce nie było ani popularne ani refundowane ani w ogóle go nie było, co niejako skazywało go na posiadanie ojca. ojciec wymyslił, że polecą na pierzu i wosku, o czym wczesniej nikt nie słyszał. śmiała metafora skończyła się śmiertelnym upadkiem do morza.
a wystarczyło przypomnieć gnojowi, że im wyżej tym zimniej, a nie odwrotnie.
skazany na sukces
skazany na sukces wraca do domu. przechodzi przez perfekcyjnie zaprojektowaną kuchnię, na którą zarobił jedną perfekcyjnie podjętą w idealnym momencie decyzją. wchodzi do salonu, za który muzeum designu gotowe byłoby zabić. rozkłada się na pięknym fotelu i spostrzega…to. na prawym przedramieniu wyrosło coś obrzydliwego i gotowego do wyciśnięcia. skazany na sukces mężczyzna biegnie do łazienki i wyciska. ropa i krew przerażającym strumieniem leją się do sprowadzonej z amsterdamu umywalki. w ramieniu powoli tworzy się głębsza i głębsza dziura, której zalepić się zapewne nie da. mija godzina. dziurawy mężczyzna pada na dywan. wspaniały.
coś mi świta
godzina jest 5 rano. idą przekrwione oczy, idą blade czoła,
idą drżące ręce. światła albo za dużo, albo za mało. głównie za dużo jednak.
zniecierpliwienie nieistniejącym chłodem, który nie przeszywa ciała. po drugiej
stronie ulicy wściekły obcokrajowy rozbujał furgonetkę i wrzeszczy coś bardzo
glasgow albo bardzo chelsea.
poranne zombie jedno za drugim próbuje dać się jeszcze złapać w jakieś ciemności,
ale ciemności już nie starcza. afterrzeź powoli się kończy i plac konstytucji,
przez dziesięć czy piętnaście minut, jest pusty.
a potem histeria w wyborczej, że dwa pedały znalezione i z wyjątkowym
okrucieństwem oba. że niby obcisła koszulina i już pedał. a drugi bez.
porzucanie
pewien mlody pan postanowil porzucić pewną mlodą panią.
zacząl w poniedzialek od zmniejszenia ilości smsów dziennie do dwóch.
we wtorek na koniec rozmowy zacząl mówić ‘do widzenia’ zamiast ‘papa’.
w środę powiedzial, że w tym tygodniu jest raczej zajęty.
w czwartek i w piątek nie odbieral, nie odpisywal.
w weekend wywiózl ją do chaty w lesie.
ona wciąż jeszcze byla podniecona, gdy odjeżdzal od niej
przywiązanej smyczą do drzewa.
broadway boogie woogie
załóżmy, że noc, mży.
samochody z absurdalnie długą i przesadzoną, przerzeźbioną maską za maską przyczajone przed czerwonymi koszmarnie dywanami i chłodne kobiety w futrze za futrem, a jednak całkiem nagie kobiety.
i mały, maleńki karłowaty szofer w wysokim cylindrze i z wystającą brodą podchodzi do drzwiczek limuzyny lekko sapiąc, otwiera drzwi chłodnej damie i przezroczystemu niemal panu w niemożliwym do określenia wieku.
którzy idą po czerwonym dywanie wchodząc do teatru z miną identyczną z tą, którą będą nieść wychodząc ze sztuki.
bajka w piątek
gdyby tylko wiedział, że będzie mógł zobaczyć ludzi płaczących na jego pogrzebie, już dawno by się zabił.
jego ulubiona pogoda, to taka średnia. że nie słońce i że nie wichura.
jego ulubiony dzień to poniedziałek. na pewno nie piątek. na pewno nie.
najbardziej lubił takie potrawy, które już kiedyś jadł i takie alkohole, po których nic się nie pamięta.
najbardziej lubił sobie wyobrażać, że jest średnia pogoda, on właśnie zjadł potrawę, którą już kiedyś jadł, ktoś go gwałci, a on potem nic nie pamięta.
a to wszystko w poniedziałek i jutro jest wtorek. na pewno nie sobota.
credo
był sobie liberał wierzący niepraktykujący.
wybierał politykę a nie wprost i wyborczą a nie dziennik. wybierał tvn24 a nie tvp sejm i fakty a nie wiadomości. wybaczał nawet superstacji. wybierał narkotyki a nie religię.
dręczyły go jednak niskie konserwatyzmy w najprostszej ich postaci. pociągał go dawno już nieistniejący socjalizm, z którego nawet socjaliści już zrezygnowali. okrakiem siedział między myślą a czynem.
spotkała go dziewczyna i pokochała mocno. i zamiast kochać się do końca świata spotykając się kiedy zechcą, nienawidzili się do końca życia spotykając się nieustannie.