może lepiej by było gdybym w ogóle nigdy go nie poznał – myślałem dwa dni po pogrzebie. myśl o początku rozkładu ciała i o białych robaczkach żywiących się psującym mięsem zaczynała mi doskwierać. może najlepiej by było jakbyśmy się nie znali, może inaczej by było. wyobraźnia podsuwała mi obrazy płyty nagrobnej, zniczy które postawią raz do roku albo dwa. może nikt nie musiał ginąć, może gdybym był inny… wiedziałem, że to wszystko bzdury, ale co innego mogłem robić gnijąc z nudów niż rozmyślać i rozpamiętywać to co było. może po prostu nie warto się tym zajmować. może po prostu spać pójdę. przekręciłem się na bok i wbiłem wzrok w gładką powierzchnie sosnowej
trumny.
Archive for blog
podszywanie się (IV)
bajka o jarku, co wysokie budynki lubił
był sobie jarek, co wysokie budynki lubił. zawsze mówił: „mamo, tato, głowa do góry! zobaczcie jaki ładny! jaki szklany i chromowany! mijały lata, a on bez chwili przerwy hodował w sobie uwielbienie dla drapaczy chmur. któregoś dnia, zachwycony jarek, otrzymał wiadomość, że będzie mógł wejść na szczyt najwyższego ze wszystkich budynków świata. promienny uśmiech nie opuszczał jego twarzy ani przez chwilę podczas podróży do dalekiego kraju, gdzie wszystko było największe (a zwłaszcza budynki). uśmiechał się również, gdy piękną, luksusową windą ciął powietrze wznosząc się ponad egzotyczne miasto. powietrze było tak przejrzyste, że zdawało się, iż uśmiechnięty nasz bohater ujrzy panoramę świata. szybko przemierzył stopnie najwyższego piętra i wyszedł na dach. znajdował się ponad poziomem chmur, więc słońce prażyło bezlitośnie. nieostrożnie przeszedł kilka kroków, nie wiedząc, że awangardowy zamysł architektoniczny pozostawił w środku budynku gigantyczną wyrwę sięgającą
piwnic.
lasek bemowski
facet poszedł do lasu i patrzy, że ptaszki, że igliwie, że żywica. pogoda w normie. facet zachwycony raczej, bo natura i blisko jakby. w lesie pagórki, nie że płasko całkiem. zachwycony raczej facet od tego rozglądania się.
od tego rozglądania się wpadł we wnyki. i to mięso i krew i kość oskrobana, bo te wnyki zęby takie mają, żeby się bydle nie wyrywało. a kłusownik, wiadomo, na jedną zmianę robi.
i ten zapach taki, że igliwie nie zagłuszy i krzyczy trochę ten facet i zwierzęta dzikie nie wiadomo skąd i w ogóle
do dupy z takim lasem.
podobno
podobno nic nie jest podobne do niczego, bo to, co podobne, zmienia się w czasie w niepodobne do wyjściowego podobnego.
był sobie mężczyzna, którego czasy świetności minęły całkiem niedawno. co nie zmienia faktu, że owszem minęły.
całe życie mu mówili, że jest podobny.
- przypominasz mi tego kolesia z telewizji, no jak on się…
- czy on nie jest podobny do naszego kumpla, no wiesz tego czarniawego…
- mamo, mamo, ten pan jest podobny do naszego…
mężczyzna przyjmował to wszystko ze spokojem, ale kiedyś przychodzi ten moment, o którym wszyscy wiemy, że kiedyś przychodzi.
jak go znaleźli w jego własnej łazience, to wszyscy byli zgodni, że to do niczego nie
podobne.
podszywanie się (III)
10:10 na pewno nie zdążę. wszędzie kontrole, wszędzie tłok. a ja się na pewno spóźnię. a do tego to waży chyba z tonę i jestem już zupełnie mokry od potu. a pocić się nie mogę.
10:50 chwila jeszcze i będę miał spokój. chłód hotelowego hallu. jak zwykle wykwintne, absurdalnie czyste szyby i klimatyzacja. w końcu usiąde sobie i odsapnę.
11:30 no tak, 11:30 a zegarek rano regulowałem więc nie będzie pomyłki. leniwie sięgam do kieszeni, uśmiecham się do jakiejś starszej pani siedzącej za barem po przeciwnej stronie. wiem, że pani się to podoba. ciemne oczy, czarne brwi, białe zęby błyszczą. uśmiechając się wciąż do niej zdejmuję zawleczkę i czuję prze ułamek sekundy ciepło rodzącej się eksplozji. za chwile hotel przestanie istnieć razem z moimi białymi zębami i białą jak gołąbek starszą
panią.
witrażystka
należała do wszystkich mniejszości świata
lesbijka
kobieta
czarna
jedyna na planecie kobieta-witrażystka
jej egzystencja była pasmem mniejszościowych rozczarowań
bez dziewczyny
brzydka i śmierdząca
nie lubiła hip-hopu
a witraż jej największy. dzieło jej życia się wziął zjebał ze stołu i się wziął popsuł.
a potem się jeszcze okazało, że wyspiański już taki witraż dawno temu zrobił. tylko jemu się ze stołu nie
zjebał.
zemsta
pewien człowiek w sile wieku postanowił dokonać zemsty.
leżąc na przygotowanym z ręczników łożu wziął w rękę piłę i z całej siły wgryzł się w zakupiony od zaprzyjaźnionego pielęgniarza gryzak. nie chciał sobie na razie odgryzać języka. powoli przyłożył ostrze piły do nogi tuż pod kolanem. pierwsze cięcie wydawało się zupełnie bezbolesne, ale gdy wykonał drugi ruch oniemiał, nie mogąc uwierzyć, że można poczuć taki ból. nie za dobrze pamiętał co się dalej działo, ale gdy oprzytomniał, sennym wzrokiem omiótł krwawy krajobraz jaki roztaczał się wokół niego. zaczął teoretycznie rozważać czy mozliwe jest odcięcie sobie jeszcze tej jedynej, ostatniej z członków, ręki, w której trzyma
piłę.
podszywanie sie (II)
godzina 17:00. godzina zero bo teraz wszyscy oni kończą pracę i będą mieli czas przyjść czy przyjechać. patrze w lustro. hmmm, miło. wszystko na swoim miejscu masz, kobieto! Przejście na blond oczywiście było dobrym posunięciem. mężczyźni…pfffff.
godzina 17:20. ulica jeszcze pusta, ale co tam – od spacerowania jeszcze nigdy nie zbiedniałam.
godzina 18:30. pierwsze koty za płoty, hmm? pierwsze koty były pijane i owłosione jak małpy, ale cóż poradzisz? takie życie farbowanej blondynki. czy boska marilyn nie miała tak samo? miała. miała, kurwa, dokładnie tak samo.
godzina 23:30. jestem ledwo żywa ale usatysfakcjonowana. będzie na kilka dni życia bez kompleksów i bez zmartwień.
godzina 23:50. prawie godzina duchów. proszę ochroniarza, żeby mnie wpuścił. patrzy na mnie tym obleśnym wzrokiem. jak na
dziwkę.
bajka o izaaku
był sobie niemłody już archeolog imieniem izaak. w jego szczęśliwym życiu wydarzyło się jednak niestety wielkie nieszczęście – matka, którą kochał ponad wszystko zmarła nagle i nieoczekiwanie. biedny izaak wbrew swemu imieniu płakał i wzywał jahwe, który , jak ma to w zwyczaju od jakiegoś czasu, milczał.
izaak postanowił, że musi znaleźć sposób by pozwolić dniom płynąć szybciej. wyjechał więc do pięknego egzotycznego (nawet dla kogoś o imieniu izaak) kraju. tam rozpoczął bardzo skomplikowane i czasochłonne wykopaliska. cudowne słońce, niezwykłe miejsce, nowa i obca zupełnie kultura – wszystko to pozwalało by tygodnie zamieniały się w miesiące i lata bez specjalnego wysiłku. kopał głębiej i głębiej i szukał bardzo zdecydowanie. odrzucał wszystko co tylko wydawało się odkryciem archeologicznym. był niezwykle skrupulatny, dzięki czemu dni płynęły szybciej.
któregoś dnia uderzył jednak łopatą w coś twardszego niż ziemia – kilka godzin potem jego oczom ukazała się skrzynia ozdobiona dziwnymi znakami. niezwykle się ucieszył i urządził wielotygodniową uroczystość w pobliskiej wiosce gdzie wino i kobiety były tańsze niż śpiew. (to nawiązanie do pewnego walca wiedeńskiego jakby się kto pytał). dni zabawy jak się domyślacie płynęły szybko.
w końcu jednak nadszedł czas by otworzyć skrzynie. oczom zebranych wokół ukazała się wtedy, ułożona równo w skrzyni i nosząca na sobie ślady tysiącleci, ogromna kupa
gówna.
zapominalski
to bardzo śmieszne, że człowiek tak zapomina o wszystkim.
taa, śmieszne, śmieszne.
to ja się może wrócę po to?
niee, nie ma, nie ma się po co wracać naprawdę. nigdy nie było. dzisiejszy program sponsoruje liczba *dążące do plus nieskończoności* i słowo *przejściowo*
czyli nie ma się po co wracać?
głupi czy głuchy?
nie,
zapominalski.