godzina 4:30. wstaję. patrzę tępym ze zmęczenia wzrokiem na brudną obdrapaną pazurami kota tapetę. patrzę na głupiego kota, który zadowolony z siebie leży i śpi mrucząc. mógłbym zacząć kląć (choćby pod nosem) ale jestem zbyt zmęczony, żeby wymyślić jakąś sensowną wiązankę przekleństw.
godzina 4:45. schodzę powoli po schodach, tak, żeby nie obudzić wieruczki, który ma pokój na dole, i który słyszy każde skrzypnięcie a potem się wyżywa na zosi, mojej biednej żonie, że 'mąż spać nie daje bo robi raban jak idzie do roboty'. oddycham głębiej będąc już przed drzwiami. znowu będzie upał. znowu będzie smród.
godzina 5:00. wchodzę do ostatniego wagonu i rozglądam się, czy nie zostało coś co trzeba uprzątnąć. oni cały czas mówią, żeby sprawdzać, bo potem jak ktoś w wagonie znajdzie krew albo coś takiego, to jest problem bo się od razu wszyscy niepokoją i krzyczą i nie ma spokoju ani przez chwilę. nic nie ma więc otwieram wagon od strony peronu.
godzina 5:15. tak jak myślałem - smród jest nie do wytrzymania. nasi 'pasażerowie' jak inni czasami ich nazywają, są nieumyci, przestraszeni i spoceni i wszystko to daje fetor niepodobny do niczego innego. 'smród śmierci domniemanej' powiedziałbym gdyby to był kolejny esej a nie kolejny dzień w pracy.
godzina 8:00. zamykam z całej siły drzwi wagonu. słyszę krzyk jakiś, że 'nie!', że 'błagam' a potem już nic nie słyszę poza zgrzytem pociągu, który zaczyna się poruszać po szynach. transport załadowany. transport wpisany i zatwierdzony.
godzina 16:00. kiedy wkładam klucz w drzwi słyszę jak kot drapie w nie z drugiej strony.