bajka pełna jodu

Widok z okna był olśniewający. Chociaż huk fali walącej łbem o ścianę skały był niemal nie do zniesienia, to raczej nazwałby to trudną przyjemnością. Przyjechał tutaj ni to odpocząć, ni to się zabić, może po prostu dokonać wymyślnej zbrodni. Było to z pewnością niewygodne – ten widok i huk i pogodne myśli. Nie tak miało być i nie tak będzie, on się o to zatroszczy, on już się odegra, już on zna takie numery. Drugiego dnia, po krótkim śnie, przerywanym uporczywie powatarzającym się snem o wiewiórce roznoszącej zabójcze choroby, wyszedł na drogę z ciężkim, tępym narzędziem. Droga sprzyjała. Było tu dużo brzydziej, niemalowniczo, świat znowu wydawał się brudny, nieinteresujący i mściwy. Próbował sobie przypomnieć jakieś odpowiednie przysłowie o drodze, ale wskakiwała mu tylko niestosowna myśl o tym, że szedł Grześ przez wieś i worek piasku niesie. Kiedy zemsta smakuje? Kiedy zemsta smakuje? Kiedy zemsta…zamachnął się i zrzucił rowerzystę w błoto i kamienie. Jednocześnie, prawdopodobnie, coś pogruchotał, bo rowerzysta zaczął wyglądać dziwnie i krzywo i pałąk śmieszny zrobił. Bardzo modernistycznie z jego strony, albo coś mu pękło. Jedno z dwojga.
Wrócił. Wszyscy w mieście powtarzali jak to się jednak wypoczywa na wsi i oto najlepszy dowód tego, no naprawde jak to się wypoczywa.


share it!
  • Print
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • email
blog comments powered by Disqus