Posts Tagged ‘ archiwum blog

bajka na chybił-trafił

noc paschalna, gdzieś w polsce...

chciałbym bardzo, żeby tutaj było sto osób teraz.
chybił trafił.
wyłączając nie polsko i nieanglojęzyczne, no bo chodzi przecież o rozmowę.
niech się dzikusy kształcą, jak chcą być wylosowane do mojego salonu chybił trafił.
już pierwsi są:
zdezorientowana hanna suchocka pyta cicho:
gdzie jest papa?
gdzie jest papa?
ale...
benedykta tu nie ma
jeśli chcesz być częścią salonu chybił trafił,
mam rade specjalnie dla ciebie:
nie chybiaj, kurwo!

ikary

sprawnie zbudowana metafora może być zabójcza, gdy zderzymy ją z rzeczywistością, dlatego definicje metafory nie zalecają zbliżania jej do realności, a nawet czynią niezborność jej cechą główną. odległe elementy sprowadzone do porównania eksplodujące treścią - oto chleb powszedni metafory.

był kiedyś młody człowiek - przystojny grek czy rzymianin czy francuz - tego nie złapałem z historii. miał on ojca, gdyż in vitro w jego epoce nie było ani popularne ani refundowane ani w ogóle go nie było, co niejako skazywało go na posiadanie ojca. ojciec wymyslił, że polecą na pierzu i wosku, o czym wczesniej nikt nie słyszał. śmiała metafora skończyła się śmiertelnym upadkiem do morza.

a wystarczyło przypomnieć gnojowi, że im wyżej tym zimniej, a nie odwrotnie.

skazany na sukces

skazany na sukces wraca do domu. przechodzi przez perfekcyjnie zaprojektowaną kuchnię, na którą zarobił jedną perfekcyjnie podjętą w idealnym momencie decyzją. wchodzi do salonu, za który muzeum designu gotowe byłoby zabić. rozkłada się na pięknym fotelu i spostrzega...to. na prawym przedramieniu wyrosło coś obrzydliwego i gotowego do wyciśnięcia. skazany na sukces mężczyzna biegnie do łazienki i wyciska. ropa i krew przerażającym strumieniem leją się do sprowadzonej z amsterdamu umywalki. w ramieniu powoli tworzy się głębsza i głębsza dziura, której zalepić się zapewne nie da.  mija godzina. dziurawy mężczyzna pada na dywan. wspaniały.

coś mi świta

godzina jest 5 rano. idą przekrwione oczy, idą blade czoła, idą drżące ręce. światła albo za dużo, albo za mało. głównie za dużo jednak. zniecierpliwienie nieistniejącym chłodem, który nie przeszywa ciała. po drugiej stronie ulicy wściekły obcokrajowy rozbujał furgonetkę i wrzeszczy coś bardzo glasgow albo bardzo chelsea.
poranne zombie jedno za drugim próbuje dać się jeszcze złapać w jakieś ciemności, ale ciemności już nie starcza. afterrzeź powoli się kończy i plac konstytucji, przez dziesięć czy piętnaście minut, jest pusty.

a potem histeria w wyborczej, że dwa pedały znalezione i z wyjątkowym okrucieństwem oba. że niby obcisła koszulina i już pedał. a drugi bez.

porzucanie

pewien mlody pan postanowil porzucić pewną mlodą panią.
zacząl w poniedzialek od zmniejszenia ilości smsów dziennie do dwóch.
we wtorek na koniec rozmowy zacząl mówić 'do widzenia' zamiast 'papa'.
w środę powiedzial, że w tym tygodniu jest raczej zajęty.
w czwartek i w piątek nie odbieral, nie odpisywal.
w weekend wywiózl ją do chaty w lesie.
ona wciąż jeszcze byla podniecona, gdy odjeżdzal od niej
przywiązanej smyczą do drzewa.

broadway boogie woogie

załóżmy, że noc, mży. samochody z absurdalnie długą i przesadzoną, przerzeźbioną maską za maską przyczajone przed czerwonymi koszmarnie dywanami i chłodne kobiety w futrze za futrem, a jednak całkiem nagie kobiety. i mały, maleńki karłowaty szofer w wysokim cylindrze i z wystającą brodą podchodzi do drzwiczek limuzyny lekko sapiąc, otwiera drzwi chłodnej damie i przezroczystemu niemal panu w niemożliwym do określenia wieku. którzy idą po czerwonym dywanie wchodząc do teatru z miną identyczną z tą, którą będą nieść wychodząc ze sztuki.

bajka w piątek

gdyby tylko wiedział, że będzie mógł zobaczyć ludzi płaczących na jego pogrzebie, już dawno by się zabił. jego ulubiona pogoda, to taka średnia. że nie słońce i że nie wichura. jego ulubiony dzień to poniedziałek. na pewno nie piątek. na pewno nie. najbardziej lubił takie potrawy, które już kiedyś jadł i takie alkohole, po których nic się nie pamięta. najbardziej lubił sobie wyobrażać, że jest średnia pogoda, on właśnie zjadł potrawę, którą już kiedyś jadł, ktoś go gwałci, a on potem nic nie pamięta. a to wszystko w poniedziałek i jutro jest wtorek. na pewno nie sobota.

credo

był sobie liberał wierzący niepraktykujący. wybierał politykę a nie wprost i wyborczą a nie dziennik. wybierał tvn24 a nie tvp sejm i fakty a nie wiadomości. wybaczał nawet superstacji. wybierał narkotyki a nie religię. dręczyły go jednak niskie konserwatyzmy w najprostszej ich postaci. pociągał go dawno już nieistniejący socjalizm, z którego nawet socjaliści już zrezygnowali. okrakiem siedział między myślą a czynem. spotkała go dziewczyna i pokochała mocno. i zamiast kochać się do końca świata spotykając się kiedy zechcą, nienawidzili się do końca życia spotykając się nieustannie.

brandy

przyszedł na banalne brandy. i pijemy. że rozmowa. że ja ja. że on ja ja. co robić? katalog sie skończył i pawie pióra. więc ja mówię, że brandy. więc ładne szklaneczki, brandy, ból brzucha, pogotowie. że to już koniec, że arszenik. a ja, że tak, że owszem.

bajka o głowie

jak go zostawiałem w chacie żeby pojechać na chwilę do miasta, to siedział w fotelu spokojnie. na fotelu był stary zielony materiał. pachniał kurzem. i on siedział na tym fotelu. jak staruszek wyglądał chociaż miał 23 lata najwyżej. większość osób sie zgadzała, że atrakcyjny z niego mężczyzna. albo chłopiec. jak wróciłem to wisiał za nogę na gałęzi na grubej linie. po skosie. takie 'X' się z niego zrobiło. nie wiem skąd wytrzasnął melodramatyczny rewolwer. maleńki kundel biegał po podwórku z jego głową w pysku. głowa miała tę samą znudzoną minę co zwykle.