Posts Tagged ‘ archiwum blog

granat na zimno

hipotetyczny granat eksplodujący w momencie zetknięcia z klatką piersiową człowieka nie zadaje bólu. odłamki przemiszczają się przez ciało i kości znacznie szybciej niż oszalała od bodźców elektryczność zwana przez niektórych 'czuciem'. czujesz więc tąpnięcie w okolicach brzucha i silne uderzenie, które pcha cię z dość dużą prędkością w kierunku 'od miejsca eksplozji'. sięgający celu granat, a o takim tu mówimy, zamiast bólu powoduje uczucie rozchodzącego się po ciele ciepła, które pulsującą falą sięga kończyn i, jako najsłabiej zamocowane, niepostrzeżenie odrywa je od kadłuba i głowy. druga faza skutków wybuchu związana jest właśnie z faktem wstępnego pozbawienia kończyn a co za tym idzie - gwałtownego pozbawienia człowieka większości krwi. jednak i to nie ma już specjalnego znaczenia, gdyż najczęściej odłamki metalu jakimi wypchane są granaty przedzierają się na przykład przez serce ,wewnątrz szyi, pod skórą twarzy aż ku czaszce i drąc w strzępy mózg natychmiast kończą męki które nie zdążyły się nawet zacząć. zawsze to lepsze od powolnego zamarzania, albo śmierci głodowej, hmm?

będzie krwawo

wyobraźmy sobie azteckie ściany świątyń, gdzie kapłani, na jednym po drugim z wiernych, uczyli się co to jest i jak się robi trepanację, amputację, tracheotomię i proste przeszczepy. były białe w jednym tylko celu - żeby spływająca krew dobrze się odznaczała i żeby słońce mogło swobodnie podgrzewać i wysuszać ją na interesujący, rdzawy kolor. podobnie z wszelkim romantycznym gestem. zbytek łaski i zupełnie bezsensowna jatka. trepanacja, amputacja, tracheotomia i prosty przeszczep. dziękujmy bogu, że krew wysycha szybko i estetycznie. choć optymizmu mojego nie podzielają zapewne ci azteccy wierni, którym poderżnięto gardła wyuczonym przytętniczym cięciem.

podszywanie się ( I )

godzina 4:30. wstaję. patrzę tępym ze zmęczenia wzrokiem na brudną obdrapaną pazurami kota tapetę. patrzę na głupiego kota, który zadowolony z siebie leży i śpi mrucząc. mógłbym zacząć kląć (choćby pod nosem) ale jestem zbyt zmęczony, żeby wymyślić jakąś sensowną wiązankę przekleństw. godzina 4:45. schodzę powoli po schodach, tak, żeby nie obudzić wieruczki, który ma pokój na dole, i który słyszy każde skrzypnięcie a potem się wyżywa na zosi, mojej biednej żonie, że 'mąż spać nie daje bo robi raban jak idzie do roboty'. oddycham głębiej będąc już przed drzwiami. znowu będzie upał. znowu będzie smród. godzina 5:00. wchodzę do ostatniego wagonu i rozglądam się, czy nie zostało coś co trzeba uprzątnąć. oni cały czas mówią, żeby sprawdzać, bo potem jak ktoś w wagonie znajdzie krew albo coś takiego, to jest problem bo się od razu wszyscy niepokoją i krzyczą i nie ma spokoju ani przez chwilę. nic nie ma więc otwieram wagon od strony peronu. godzina 5:15. tak jak myślałem - smród jest nie do wytrzymania. nasi 'pasażerowie' jak inni czasami ich nazywają, są nieumyci, przestraszeni i spoceni i wszystko to daje fetor niepodobny do niczego innego. 'smród śmierci domniemanej' powiedziałbym gdyby to był kolejny esej a nie kolejny dzień w pracy. godzina 8:00. zamykam z całej siły drzwi wagonu. słyszę krzyk jakiś, że 'nie!', że 'błagam' a potem już nic nie słyszę poza zgrzytem pociągu, który zaczyna się poruszać po szynach. transport załadowany. transport wpisany i zatwierdzony. godzina 16:00. kiedy wkładam klucz w drzwi słyszę jak kot drapie w nie z drugiej strony.

śmierć kliniczna

ten niemłody już mężczyzna odczuwał dziwny pociąg do śmierci klinicznej. zaczęło się niewinnie od najzwyczajniejszej w świecie śmierci klinicznej spowodowanej ciężkimi obrażeniami. jednak zachwycił go ten stan tak dalece, że nie chciał poprzestać na tej jednej i zaczął szukać ludzi gotowych za pieniądze przywrócić go na śmierci klinicznej łono. szaleni naukowcy ochoczo zadawali mu śmierć i z martwych go stawiali na nogi. a on coraz głębiej zanurzał się w tym dziwacznym uzależnieniu i coraz bardziej odległe były mu sprawy tego świata. ciekawscy wypytywali go o doświadczenia, o tunele i o światło w oddali, o rozmowy ze zmarłymi krewnymi i z bogiem samym. on jednak milczał na ten temat, gdyż nie chciał zepsuć niespodzianki żywym. czasami tylko uśmiechał się przechodząc obok kościoła myśląc o totalnej czerni, której nikt prawie się nie spodziewa choć jest tak oczywista.

zawieszony

blog zawieszony do odwolania

role playing game

- cześć
- cześć
- głośna ta muzyka, nie?
- strasznie głośna
- może byśmy poszli gdzieś w jakieś ciche miejsce...pogadać
- no nie wiem...
- no sama zobacz, że się tu dogadać nie możemy zupełnie
- no, w sumie racja...
- no to co? idziemy pogadać do mnie?
- a daleko mieszkasz?
- blisko bardzo
- no to chodźmy

on czarujący, ona znana z celnych uwag.
on mag poziom 12, ona amazonka - najwyraźniej
początkująca.

bajka o wacku co lubił biegać

dawno dawno temu.

wacek nie był zwyczajnym chłopcem. nie miał zabawek, nie miał fajnych butów, nie miał nawet niewidzialnego przyjaciela. wacek był bardzo nieszczęśliwy i patologiczny.

wędrował często bez celu szukając szczęścia z dala od swojej patologicznej chatki pełnej starszych, wrednych, dominujących braci.

pewnego dnia, nieco mniej dawno temu niż 'dawno dawno temu', wacek wyszedł z domu i pobiegł przed siebie w poszukiwaniu szczęścia. drzewa migały po bokach a ścieżka raźno uciekała spod stóp. ścieżka zamieniła się w drogę, droga w autostradę a autostrada...a autostrada to nie jest za dobre miejsce do biegania, więc nim się wacek spostrzegł to go tir po autostradzie w pozycji biegowej
rozmazał.

szczerze mówiąc, mam to wszystko w nosie!

- włosy

- baba

- gil (wyróżniana przez niektórych
specjalistów płynna wersja baby)

- polip

- pryszcz

- małe skaleczenie od dłubania

- PKB Algierii

piekło

najpierw koszula przykleiła się do ciała. to była koszula z tworzyw syntetycznych niestety.
potem włosy zaczęły się przyklejać do czoła, do czaszki.
buty przykleiły się do stóp, ale niestety to był dopiero początek.
te same buty przykleiły się do asfaltu, co przyjąłem z niepokojem.
ręka, którą wycierałem pot, przykleiła się do czoła, a druga przykleiła się do pierwszej, próbując ją odkleić.
przewróciłem się i poczułem jak przyklejam się do jakichś śmieci na ziemi, do trawy, sam do siebie i do innych.

piekło.

a potem już nie.

29,99 srebrnika + smycz gratis

mały judasz przychodzi do sklepu i pyta:

- po yle te cukerky?

(judasz był wyśmiewany w klasie, bo miał problemy z wymową i krzywy ryj trochę)

- nie masz tyle dziecko - mówi sklepikarz - i nie ma tyle twój tatuś na koncie i twoja mamusia za dekolt schowane też tyle nie ma. twój jeden brat kiedyś tyle miał w ręku, jak pracował w świątyni w BJ (Big J) i wymieniał walutę, ale pozostałych 11 braci nawet ten raz na oczy tyle nie widziało.

no to, kurwa, czemu tu się dziwić.